Jak nakarmić dyktatora Witold Szabłowski

Jak nakarmić dyktatora – Witold Szabłowski

Do przeczytania „Jak nakarmić dyktatora” zachęciła mnie audycja w radiowej trójce, nadana w jeden z niedzielnych poranków. Wysłuchałem rozmowy z autorem – Witoldem Szabłowskim oraz fragmentów książki i stwierdziłem: muszę ją przeczytać. Bo upodobania kulinarne największych dyktatorów to temat ciekawy, i chyba każdy, kto interesuje się kuchnią chciałby wiedzieć, co jedli budzący grozę Pol Pot, Fidel Castro czy Saddam Husajn.

Oczekiwałem książki poniekąd kulinarnej. Może nie do końca z przepisami, ale głównie o jedzeniu. Niestety dość szybko się rozczarowałem i w miarę zagłębiania się w lekturę odnosiłem coraz silniejsze wrażenie, że najlepsze fragmenty tej książki poznałem podczas radiowej audycji.

Autor blisko cztery lata spędził na gromadzeniu materiałów do tej książki. Podróżował, rozmawiał, prowadził research. Niestety jak na tak długi czas pracy, efekt końcowy jest słaby. Historie opowiadane przez kucharzy są do siebie tak podobne, że aż nudne. Większość ludzi z którymi pan Szabłowki prowadził wywiady na potrzeby książki tak naprawdę nie miała nic ciekawego do powiedzenia. Historie opowiadane przez kucharzy byłych dyktatorów są mało zajmujące. Opierają się na schemacie: dyktator przez przypadek zostaje nakarmiony potrawą przygotowaną przez kucharza-samouka, po czym zachwycony niezwykłym smakiem dania daje kucharzowi pracę. Najgorsze jest to, że w tych wszystkich opowieściach kompletnie nie widać ani pasji do gotowania, ani pasji do jedzenia. O pasji do opowiadania nie wspominając. Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że pod względem kulinarnym dyktatorzy byli najbardziej nudnymi ludźmi na świecie. Co jedli? Potrawy, które kojarzyły się im z rodzinnym domem, kuchnią matki, babki etc.. Zero ekstrawagancji. Jeśli dyktatorzy faktycznie mieli tak skromne potrzeby kulinarne to nie ma za bardzo o czym pisać. 

Duże zastrzeżenia mam także do sposobu, w jaki książka została napisana. Niezbyt mi odpowiada styl autora. Z jednej strony zbyt kolokwialny, z drugiej nieco infantylny. Tak jakby na siłę starał się ugrzecznić wypowiedzi swoich rozmówców. Naprawdę trudno mi sobie wyobrazić kucharza, który nie rzuca mięsem. Jeśli ktoś o chwilach największego stresu opowiada „zdenerwowałem się” czy „nakrzyczałem na pomocnika” to wiarygodność tych słów jest dla mnie bliska zerowej. Bardzo daleko tym opowieściom do ognia i pikanterii w stylu Bourdaina. W dodatku całość napisana jest dość niechlujnie. W wielu miejscach narracja poprowadzone jest w tak chaotyczny sposób, że trudno się połapać kto i co opowiada. 

Bardzo mi przykro, ale ja nie kupuję tej historii. Jeśli ktoś, tak jak ja, pasjonuje się kuchnią i liczy na prawdziwą ucztę to lekturę „Jak nakarmić dyktatora” może sobie darować. Bo jest ona niczym delikatesowe towary w hard dyskoncie – w pierwszej chwili budzące zaciekawienie, które po przeczytaniu składu przeradza się w rozczarowanie. 

Facebook Comments